Kategorie: Wszystkie | Audio | Organizacyjne | Saga Małża | StandUpy
RSS
poniedziałek, 07 listopada 2011
Przenosiny umarlaka

Zatęskniłem za sagą, standupem... Tak więc reaktywacja tyle, że w zupełnie innym miejscu. Jeśli trafiłeś tu zagubiony wędrowcze to wiedz, że się przemedlowałem na http://www.jansebastiantrach.pl/

17:10, jansebastiantrach
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 stycznia 2010
Saga Małża #19

Małe info: trafiają tu od jakiegoś czasu nowe osoby. Cieszę się. Jednak nie mam dla Was dobrej informacji. Wpisy sagi małża wiążą się ze sobą fabularnie w związku z czym czytając tylko tę lub wyrywkową część niestety zbytnio się nie pośmiejecie. Jeżeli szukacie czegoś krótkiego na poprawę humoru to kliknijcie w „standupy”. To krótkie i luźno powiązane wpisy. Koniec małego infa.

Poparzenia powoli się goiły. Za oknami dni zaczęły powoli stawać się jakby nieco dłuższe. Niechybny znak zbliżania się końca roku. Tadka przeniesiono z psychiatrii na mój oddział zaraz po tym, jak po serii elektrowstrząsów i przeczytaniu wydruku z wikipedii na temat nitrogliceryny zmienił śpiewkę i przestał się w kółko o nią dopytywać.  W międzyczasie nasze  żony doszły do wniosku, że sylwestrową noc  spędzimy wszyscy razem na koncercie Maryli Rodowicz.
-Uwaga debile, będzie komunikat –ton głosu ślubnej przeszedł z rozkazującego w tembr terrorystyczny -Nawet nie myślcie o fajerwerkach! Po waszych ostatnich występach i tak nikt wam ich nie sprzeda. Wasze facjaty zdobi ą całe miasto. Aż dziw że facet któremu wysadziliście stoisko na bazarze nie złożył pozwu – stwierdziła moja żona.
-Wieść gminna niesie że jeszcze nie spadł… - wtrąciła Halina.
Byliśmy więc cokolwiek udupieni. Jedyne czym mogliśmy ewentualnie strzelać to gumka w majtkach. Na takich posępnych rozważaniach upłynęły nam ostatnie dni szpitalnego pobytu.
Nasze nieśmiałe próby zakupu choćby małych petardek skończyły się brawurową ucieczką przez hipermarket. Ochrona deptała nam po pietach już od działu mięsnego. Tadzik wymyślił że ukryjemy fajerwerki w kurczakach a mnie słusznie wydało się że nagły zakup 20 sztuk i upychanie im czegoś w dupę na środku sklepu wzbudzi podejrzenia.
- Trzeba było kupić indyka – wycedził Tadek próbując wepchnąć w kurczaka bengalskie ognie – ni cholery się nie mieści.
To był właśnie ten moment gdy ochrona postanowiła interweniować. Salwowaliśmy się skokiem miedzy regały pozostawiając za sobą wózek z wystrzałowym drobiem. Na dziale warzywnym okopaliśmy się przez chwilę na z góry upatrzonych pozycjach, jednak gdy zaczęła się kończyć amunicja w postaci ziemniaków miotanych w barczystych jegomości polecieliśmy na mrożonki, gdzie w końcu nieco oddaliliśmy się od pościgu.
- A mówiłeś, że to głupie chodzić po sklepie w łyżwach – darł się do mnie Tadzik sunąc przez chłodnię z nabiałem.
- Bo wcześniej twierdziłeś, że na lodzie zbytnio będziemy się ślizgać i proponowałeś spacer w szpilkach! Po tym co zobaczyłem oczami wyobraźni nie chciałem ryzykować.
Chłodnie mają niestety to do siebie, że kiedyś się kończą. Tak jak właściwości ślizgowe podłoża co przypomniało nam o kilku podstawowych zasadach fizyki.
- Małsz jak nasyfa się to pses so strasilem flasnie semby? – wyseplenił Tadzik odklejając twarz od wyświetlacza kasy.
- Życie… kinetyka czy jakoś tak… nic w przyrodzie nie ginie więc energia naszej prędkości stałą się energią hamowania.
- Pfrędkośc sabija…
- Raczej jej nagła utrata…
Udało nam się poodklejać umęczone ciała ze sklepowych okolic przyrody i uciec ze marketu nim ochrona połapała się w pozostawionych przez nas krwawych freskach.

Kilka godzin później, przyglądając się w TV Maryli szykowaliśmy szampański toast.
- Przynajmniej w tym roku jesteście cali – stwierdziły zgodnie nasze żony.
-Małż… - szepnął Tadzik – jak na formule jeden…
Szybko wstrząsnęliśmy butelkami.
Pogotowie dentystyczne gościło tej nocy cztery osoby. Nasze małżonki, w które wycelowaliśmy niechcący butelki… I nas, w których pięści sprawiedliwości skierowały żony…

P.S. Dla starszych czytaczy, pod adresem http://menelista.wordpress.com/ znajdziecie nieco inny rodzaj mojego „humoru”

22:37, jansebastiantrach , Saga Małża
Link Komentarze (5) »
czwartek, 17 grudnia 2009
Saga Małża #18

Co się odwlecze to nie uciecze. Remont trzeba było jednak zrobić. Generalnie nudy. Prawie nic się nie działo jednakże z naciskiem na prawie.  Koncept zaplanowanego w salonie parkietu z wiśni uległ lekkiej modyfikacji, jednak oboje z Tadzikiem doszliśmy do wniosku że malownicze ślady stóp młodszej znaczącej swoją trasę do łóżeczka, wykonane całkiem profesjonalnie farbą olejną dosyć dobrze komponują się z wykonanymi emulsją śladami dłoni na ścianach. Widocznie pokazywała nam gdzie jest niedomalowane. Lekkiemu tuningowi uległ także pies. Wszystko to za sprawą starszej, która nie wiedzieć kiedy dorwała się do wałka malarskiego. Psina dostała więc minimum +20 do prędkości. Nie wyobrażam sobie by było to mniej skoro jego grzbiet zdobiły teraz dwa malownicze pasy niezmywalnej farby. Zastanawialiśmy się nawet nad zmianą jego imienia na Dodge albo Viper.
Gdy już jako tako udało nam się obniżyć ciśnienie zaczęliśmy rozważać czy moją pracownię pozostawić jak jest czy przerobić na garderobę. Problem rozwiązał się niemal sam choć poniekąd rękoma moich dzieci, które w chwili naszej nieuwagi dorwały się do swojej ulubionej zabawki czyli młota udarowego. Gdy zdaliśmy sobie sprawę co się dzieje pracownia nadawała się już jedynie na drewutnię choć Tadzik zaproponował otwarcie skupu złomu. Zdając sobie sprawę z tego, iż szanowna małżonka z metali kolorowych preferuje raczej złoto, srebro i platynę postanowiłem nie zawracać sobie głowy pracownią a w wolnej chwili udać się na bazar by zakupiwszy od ruskich odpowiednie utensylia posprzątać tam z hukiem. Oczywiście takowa wyprawa nie mogłaby odbyć się bez dzielnego pomocnika, samozwańczego sapera stulecia, mistrza lontu i samozapłonu – Tadka. Pierwszy ładunek odpalił już na bazarze co sprawiło, że następnego sprzedawcy szukać musieliśmy gdzie indziej. Nie chciało nam się czekać aż grawitacja sprowadzi poprzedniego ponownie na miejsce handlu.
Coś mi w duszy grało, że samochód przewożący materiały wybuchowe należy odpowiednio oznakować. Wprawdzie miałem pewne opory przed pozostawieniem tego zadania mojemu „pomocnikowi” ale oderwany na chwilę pilnym telefonem nie miałem wyboru. W drodze zastanawiało mnie tylko czemu nikt nas nie wyprzedza a jadące za nami samochody utrzymują dystans kilku kilometrów. Wszystko wyjaśniło się na miejscu  gdy na tylnej klapie ujrzałem wiele mówiący napis: „stukniesz a jak jebnie to rodzina dostanie cię w pudełku po puzzlach”. Pomysł sam w sobie wydał mi się nawet genialny i postanowiłem po powrocie ozdobić podobnie swoje auto. Klucząc w alejkach nieznanego nam tym razem kiermaszu dziwów i staroci z utęsknieniem nasłuchiwaliśmy znajomego języka przyjaciół zza wschodniej granicy. Nic z tego. Jednak zagadnięty kupiec pokierował nas w stronę chińskiej restauracji.
- Co za dzielnica – stwierdził Tadzik – nie osrana przez gołębie, bez bezpańskich psów. Ej jak już tu jesteśmy to może coś zjemy?
- Może nie, założę się że ta sajgonka jeszcze godzinę temu szczekała gdzieś w okolicy, przejdźmy do rzeczy.
Niestety obsługujący „sensej” nijak nie mógł nas zrozumieć gdy używaliśmy powszechnie przecież znanych w takich miejscach wyrazów jak: wybuch i wyburzanie.
- Ja się tym zajmę – stwierdził Tadzik – kiedyś, jeszcze na taryfie wiozłem gościa z Toyoty.
Odsunął mnie od lady i zagadnął:
- Jebudu?
Na to sprzedawca położył przed nami małe zawiniątko.
- Hmmm za mało jak na moje oko, jebudu jebudu jebudu?
Tym razem naszym oczom ukazała się sporej wielkości skrzynka. Po chwili targów Tadzikowi udało się zbić cenę z tysiąca na półtora tysiąca złotych. Wprawdzie mój zmysł matematyczny krzyczał, że coś jest nie tak ale zadowolony z zakupu postanowiłem dać sobie spokój i czym prędzej wrócić do domu by zakończyć pracę przed powrotem żony ze Spa.
- Małż co oznacza Warning? – zagaił mnie Tadzik gdy ładowaliśmy skrzynkę do bagażnika.
- Znaczy że mamy uważać.
- A co znaczy Atentione?
- Że mamy zajebiście uważać
- A co znaczy… - zagaił mnie jeszcze z rozmachem zatrzaskując klapę.


JEBUDU!!!


Pik Pik Pik Pik – miarowe pikanie jakiejś maszynerii niechybnie oznaczało że żyję. Po chwili odważyłem się otworzyć oczy. Przy łóżku kręciła się niewątpliwie pielęgniarka.
- Obudził się Pan w końcu – zagadnęła z uśmiechem.
- A co… a co z tym drugim? – wydusiłem z siebie.
- Leży na psychiatrii, od wczoraj powtarza tylko „a co znaczy nitrogliceryne”…

21:56, jansebastiantrach , Saga Małża
Link Komentarze (7) »
środa, 28 października 2009
Saga Małża #17

- Małż remontujesz dziś? – Tadek zaatakował mnie telefonicznie z samego rana.
- Póki co prace wstrzymane, główna stylistka nie może się zdecydować czy chce w przedpokoju sino koperkowy czy koperkowo siny. Postanowiłem się nie wtrącać i w planach mam zajmujące ćwiczenia fizyczne kciuka, za pomocą domowego zestawu do ćwiczeń zwanego potocznie pilotem.
- Gówno a nie ćwiczenia, auto Halinie kupuję, pojedziesz ze mną?
- Wiesz, ja taki nieuczesany.
- W dupie mam twoją fryzurę, nie chcę sam jechać pięćset kilosów, poza tym lepiej prowadzisz z przyczepą a auto trzeba przywieźć na lawecie.
- Na lawecie? Coś ty kupił, jak ci to u nas wyklepią to się jeszcze okaże że żona będzie musiała jeździć przystankiem autobusowym albo szambiarką.
- Nie, papiery trzeba załatwić w kraju, auto sprawne, nie bite…
- Oczywiście, kupione od staruszka, który tylko w niedzielę do kościoła jeździł, petów w środku nie palił i garażował go na zimę.
- Skąd wiedziałeś?
- Bo cię znam, handlarzy znam, i widziałem już twoją naiwność w akcji.
- Jaką naiwność?!
- Tadek kurwa, a kto wziął prostytutkę do auta bo myślał że stopa łapie a potem się dziwił, że jeszcze zapłacić za rozmowę musi?
- Oj stare dzieje…
- Fakt, ze dwa tygodnie minęły. Dobra nie przepuszczę tej akcji.
I pojechaliśmy. Chciałem wziąć mapę bo droga wiodła za zachodnią granicę ale Tadek uparł się, że pojedziemy na jego super hiper wypasionym GPS’ie. Sprzęt świetny, rzeczywiście. Muzykę odtwarzał jak ta lala, filmy też niczego sobie. Tylko kurwa drogę pokazywał jakbyśmy piechotą szli. Po wjechaniu w szczere pole, przejeździe przez czyjąś stodołę oraz po tym jak nakazał skręcić w lewo na wiadukcie nie zdzierżyłem i zatrzymałem się po staroświecką mapę. Tadek nieco się dąsał. Ja zresztą też ale dopiero w momencie gdy zorientowałem się że programując mapę, jako środek transportu wybrał motolotnię.
- No szkoda kurwa, że nie kajak – zadrwiłem.
- Nie ma kajaka w opcjach.
- Może i dobrze bo byśmy musieli kuter kupić a nie samochód.
Na miejscu okazało się, że zadbany, mało używany samochód ma licznik przekręcony z osiem razy, garażowany może i był ale raczej pod chmurką, a jego ostatnią właścicielką definitywnie jest Pani Rdza. Nie poddaliśmy się jednak i ruszyliśmy po okolicznych sprzedawcach. Po niespełna czterech godzinach szwędania po Niemczech, gdzie odpowiedź na pytanie o drogę brzmi jak stek obelg i obietnica pozbawienia ważniejszych części ciała wypowiedziana z niespełzającym z twarzy uśmiechem, byliśmy już w drodze powrotnej.
W kraju macierzystym zaskoczyło nas nagle małe błysku błysku we wstecznym lusterku i już po chwili w naszym kierunku dreptał King Kong, dla niepoznaki przebrany w mundur policyjny.
- Dzień dobry, starszy aspirant Przypierdalalski, proszę o prawo jazdy, dowód rejestracyjny i ubezpieczenie.
- A proszę bardzo – zaskoczyłem go, miałem wszystko. Nawet ostatnie badania moczu ale nie chciał obejrzeć a szkoda bo nie zdążyłem jeszcze skonsultować ich z lekarzem.
- A co tez panowie przewozicie?
- C4! – wyparował z dumą Tadek nie rozumiejąc kompletnie dlaczego już po chwili leżeliśmy skuci na poboczu z lufami karabinów wbijającymi się w newralgiczne części ciała. Nieśmiało zasugerowałem by nieco zmienili ich położenie bo nie mam w planach wizyty u proktologa ale nie spotkało się to ze zrozumieniem służb mundurowych.
Na komisariacie kazałem mu się zamknąć.
- Czy przyznają się panowie do przewożenia niebezpiecznych ładunków wybuchowych bez zezwolenia i z zamiarem użycia ich w ataku terrorystycznym?
Twarz Tadzika zaczęła przypominać nadmuchaną żabę.
- Nie przyznajemy się, żądamy adwokata, dostępu do kablówki i popcornu.
- Proszę nie robić ze mnie debila – detektyw warknął jakby z lekka.
- Nie muszę, w końcu jesteście najlepsi… W tym też…
- Patrolowi policji oświadczyliście że przewozicie C4!
- Owszem przewozimy, a raczej przewoziliśmy nim wasz Rambo nie sponiewierał mnie i kolegi z asfaltem.
- C4 to niebezpieczny ładunek wybuchowy!
- Być może, nie znam się.
- To bardzo silny, plastyczny ładunek, twierdzi Pan że o tym nie wie?
- No cóż, nasze C4 nie jest plastyczne, ma cztery koła i przypomina raczej auto. Chwila, w zasadzie jest to auto.
- Jakie kurwa mać auto, zrobię Wam z dupy wylotówkę na Kielce!
- Citroen C4, a co do wylotówki to bardziej pasuje nam na Wrocław…

 

P.S. na http://dziegiel.com.pl od wczoraj wisi rozwinięcie tekstu o sprzedajności.

21:05, jansebastiantrach , Saga Małża
Link Komentarze (18) »
środa, 21 października 2009
Saga Małża #16

Ślubna była cała w skowronkach. Zupełnie nie rozumiem czemu tak na kobiety działa możliwość urządzania domu skoro jak tylko skończą natychmiast wszystko by pozmieniały. Żona jednak czuła się jak bohaterka „Domu nie do poznania” bowiem wszystkie rachunki szły na konto miasta. Na moje konto za to spadły wszelkie obowiązki remontowo-zaopatrzeniowe w związku z czym bliżej mi było do utożsamienia się z „Bobem Budowniczym”. Postanowiłem jednak być bardziej Bobem Superbohaterem i ze wszystkim uporać się jak najszybciej. Potrzebowałem jednak giermka… Znaczy się tego no, pomagiera superbohatera.
- Cześć Tadzik, tu Batman, chcesz być Robinem? – zagaiłem telefonicznie.
-Małż, czy tobie zimna woda szkodzi? Bo może przesadzili wtedy z prysznicem i coś ci obmarzło we łbie? – Z ust Tadka nie często słyszy się tak złożone zdania chyba że…
- Znaczy się sam jesteś, żona wyjechała i strzeliłeś już piwko? – rzuciłem lekko ignorując jego pytanie.
- Skąd wiedziałeś mój ty psychologu? Wróci w nocy od teściowej, udałem że mam rozwolnienie.
- Dobra skup się Robin, czeka nas niesamowicie ekscytująca wyprawa po marketach budowlanych. Musimy uratować świat a przynajmniej moje mieszkanie przed zagładą estetyczną. Bierzesz rano batmobila golfa kombi, bo moje cztery kółka wciąż leżą za miedzą twojej działki budowlanej skierowane zresztą ku niebu, i meldujesz się w okolicach dziewiątej u mnie pod blokiem. Jak dobrze pójdzie to w dwie godzinki obskoczymy wszystko.
- OK, możesz na mnie liczyć.

Dopalałem peta pod bramą gdy na parking wtoczył się karawan. Nasz batmobil znaczy się.  
- Boże, co tu tak wali – zapytałem gdy tylko wsiadłem do auta.
- Ryby – Tadek niezrażony mym pytaniem właczył jedynkę i ruszył.
Rzuciłem okiem na tylne siedzenie, walały się tam jakieś reklamówki z których dochodził ów fetor.
- Nie mogłeś tego kupić potem?
- Potem już by się nie przydały, to nie na obiad.
Postanowiłem nie wgłębiać się w szczegóły, w wypadku Tadka groziło to bowiem niechybnie jakimś urazem psychicznym. Skoncentrowałem się raczej na wyrywaniu mu klamki od drzwiczek bo kolejne zakręty pokonywał z iście ułańską fantazją a ja z tego wszystkiego zapomniałem zapiąć pasów. Pod samym marketem fantazyjnie zaciągnął ręczny i obrócił autem z takim impetem że wylądowałem na jego kolanach.
- Tadek kurwa, ale na kolację ze śniadaniem nie licz.
- Jaaaa…
- Jakie znowu ja – odparłem wysiadając z auta – wypad z bryki, robota czeka.
- Jaaaja mi przygniotłeś – dokończył na wydechu i jakby z lekka poszarzały.
- To woź je w bagażniku i nie podrywaj mnie na Fast and forious.
Tadzik wyczołgał się z auta. Byliśmy gotowi do walki z demonami remontowymi. To znaczy jeszcze nie do końca bo mój dzielny Robin wytaszczał jeszcze z auta najbardziej śmierdzącą reklamówkę i za Chiny ludowe nie dał się przekonać do jej pozostawienia. Cóż było robić. Poszliśmy. Ja, Tadek i nasz towarzysz fetor. Wiedziałem że długo tego nie wytrzymam, postanowiłem więc uciec się do fortelu:
- Jeden z nas pójdzie na farby a drugi na tapety, szybciej skończymy.
- To ja na farby – zaoferował się Tadzik – i tak muszę kupić puszkę do domu bo mi Halina kazała.
- Może być.
Po kolejnych trzydziestu minutach miałem już w koszu tapety, kleje, nożyki i wszelkiej maści utensylia konieczne do stworzenia w pokoju dziecinnym kolorowej krainy. Pora było poszukać tej ofiary losu. Zaprowadził mnie nos i doświadczenie. Tak jak się spodziewałem stał przed regałem z farbami z kompletnie pustym koszem. Za to ręce miał pełne. Trzymał w nich dwie woniące nieprzyjemnie rybska.
- Na miłość boską Tadek, na jaką cholerę przytargałeś tu te ryby, ja wiem że co dwie głowy to nie jedna ale wybieranie farb w towarzystwie zawartości akwarium nie wygląda mi na zdrowy nawyk.
- Małż ratuj – wysapał spoglądając na mnie, na ryby i na regał z farbami.
- Mam cię zakuć w kaftan czy kop w dupę wystarczy? – zapytałem filozoficznie.
- Małż kurde… Bo ta farba dla Haliny… Ona łososiowa ma być…

P.S. dziś na http://dziegiel.com.pl co nieco o tym, co serwują w TV

19:33, jansebastiantrach , Saga Małża
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 19 października 2009
Saga Małża #15

Sprawa była z gatunku niecierpiących zwłoki. Inaczej bowiem same zwłoki były mocno prawdopodobne. A że moje lub przynajmniej ich obcięte fragmenty to głowa ruszyła milionem pomysłów. Potrzebowałem apokalipsy świętego Jana, tyle tylko że we własnym mieszkaniu, nie ze swojej winy i w przeciągu mniej niż 10 minut. Tadek nie należał do optymistycznie nastawionych co potwierdził tylko słowami – Mamy… nie, nawet przejebane nie mamy, nie wiem co mamy ale bankowo mieć będziemy… o kilka kończyn mniej, oczyma duszy widzę nawet dwie malownicze dekapitacje.
Jego pesymizm tym razem nie był zaraźliwy a jedynie motywujący – Łap dzieci – warknąłem – spadamy na dół. Przed wybiegnięciem z domu złapałem przesyłkę odebraną rankiem od listonosza i rozerwałem ją w przedpokoju. W trakcie pokonywania kolejnych schodów wklepywałem w telefon mój ulubiony numer. 112…
- Przewiń ją debilu! – powitanie po drugiej stronie słuchawki było standardowe.
- Ja nie z tym! Tym razem! – krzyknąłem na tyle szybko by zdążyć przed rozłączeniem.
- A co teraz? Jeść nie chce? Płacze? Smoczek zgubiłeś? – w głosie wyczuć się dało całe stado słów zaczynających się na literę „i”. Irytacja i ironia przodowały tej grupie.
- Nie, proszek!
- Wsypać do pralki i nastawić program kretynie.
- Nie! Nie taki, w kopercie, a raczej już poza nią, pocztą przyszło.
- No nie pieprz że tym razem wąglik!
- A skąd ja mam wiedzieć!
- Lizałeś to?
- Zwariowałeś/łaś czy jakoś tak!?
- Szkoda, wiedzielibyśmy od razu czy to to.
- Gówno byście wiedzieli, pewnie nie miałby kto zadzwonić.
- Spokojnie, zaraz ktoś tam będzie.
Do przyjazdu żony pozostało kilka minut. Ekipa chemiczna była jednak szybsza. Ślubna nadjechała w momencie, gdy nas szorowano zimną wodą pod prowizorycznymi prysznicami a reszta ekipy wyprowadzała sąsiadów.
- Co się do cholery dzieje? – Żona nie straciła zimnej krwi.
- Podejrzewamy atak chemiczny – dowódca z sadystyczną lubością przypatrywał się mi i Tadkowi gdy wiliśmy się pod strumieniami lodowatej wody. Wolałem jednak by mi się od niej jajka skurczyły niż stracić je całkiem z powodu nerwów żony.
Z otwartego okna zaczęły właśnie wylatywać nasze meble i kawałki parkietu. Widać ekipa postanowiła być skrupulatna, patrzyłem na to nawet spokojnie do momentu gdy czterdzieści dwa cale plazmy nie uderzyły o bruk. Do czego ja teraz podepnę satelitę? Do niczego. Dekoder uderzył o ziemię w trzy sekundy po telewizorze.  Akcja niwelowania ataku chemicznego trwała niespełna trzy godziny. Po wszystkim oznajmiono nam, że w mieszkaniu nie pozostało już nic co zagrażałoby naszemu życiu. To prawda, same ściany, podłoga i sufit nie wyglądały zbyt groźnie. Inny widok przedstawiała moja żona, tym razem jednak jej złość nie skierowana była na mnie a na dowódcę ekipy chemicznej. Sam byłem zdziwiony bogactwem językowym ślubnej, ze wstydem przyznać musiałem przed sobą, że tylu epitetów nie tylko nie znam, ale nawet znając nie byłbym w stanie zbudować z nich tak melodyjnego zdania. Tyrada ślubnej powodowała kurczenie całego oddziału a gdy przestala na chwilę by nabrać powietrza wyglądali jak ekipa krasnali ogrodowych w dziwnych kombinezonach. Dowódca wezwał nawet posiłki ale ci podjechali tylko przecznicę dalej i obserwowali z przestrachem to, co działo się pod naszym blokiem. Żona osiągnęła taką częstotliwość krzyku że okoliczne budynki pozbawione zostały szyb okiennych.
Korzystając z momentu, gdy żona sporządzała listę strat jakimi obciąży miasto Tadek przekradł się w moją stronę.
- Małż, kurde, coś ty rozsypał w tym przedpokoju że zrobili taki Sajgon? – zagaił szeptem.
- Przesyłka reklamowa do młodszej przyszła… Mleko w proszku od producenta…

P.S. na http://dziegiel.com.pl także kolejny tekst.

19:04, jansebastiantrach , Saga Małża
Link Komentarze (47) »
czwartek, 15 października 2009
Organizacyjnie po raz drugi

Wiem wiem, miała być kolejna część sagi ale dziś nie będzie. Czasu cholera nie styka a i pisanie ciągle o wesołych rzeczach potrafi męczyć. Pozamykałem kilka starych sajtów, inne czekają na zamknięcie. Obiecać mogę, że saga toczyć się będzie i to systematycznie tak jak i standupy, jednak nie dziś. Dziś miałem parcie na normalny wpis jednak tutaj bajzlu robić nie chcę, stare sajty powoli znikają. Jak kogoś prócz zabawnych tekstów interesuje czasem coś poważniejszego to zapraszam na wordpressa. Tam zapewne także systemtycznie bo i takich pomysłów się nazbierało pojawiac się będą tematy poważniejsze. Tyle na dziś, saga ożywa jutro bo w połowie już gotowa. Zainteresowanych wordpressem zapraszam tutaj: http://dziegiel.com.pl

Chwilowo tekst, na wygląd nie zwracac uwagi ale nie mam siły dziś na grzebanie w CSS'ie strony.

21:30, jansebastiantrach , Organizacyjne
Link Komentarze (4) »
niedziela, 11 października 2009
Saga Małża #14

Opatrzność. Tego dnia szwędała się gdzieś w okolicy i najwyraźniej nie sama tylko razem z Cudem w osobie Tadka, który nagle zadzwonił do moich drzwi. Wielokrotne tłumaczenie dzieciom, że nie należy otwierać zanim nie sprawdzi się kto stoi po drugiej ich stronie tym razem także nie zadziałało i Starsza raźno ruszyła grzebać przy zamku. W progu salonu Tadek zachował się jak na Tadka przystało i po prostu zemdlał. W tej jednak chwili Młodsza, która już wcześniej pozbyła się pieluchy poczuła ciśnienie w pęcherzu, a że Tadek upadł u jej stóp przywrócenie przytomności było ekspresowe choć nie należące raczej do takich, o których opowiada się potem przy piwie.
Szczęściem nie złapał za butelkę spirytusu, która wcześniej nawinęła się mi tylko od razu pognał do łazienki. Wprawdzie też zapomniał najpierw otworzyć drzwi jednak dziura którą po sobie pozostawiłem uchroniła go przed nagłym przypomnieniem sobie trzeciej zasady dynamiki. Z płomieniami uporał się dosyć szybko, trudniej było z więzami jakimi byłem spętany. W tym momencie zacząłem pluć sobie w brodę za wysyłanie Starszej na obozy żeglarskie.
- I co teraz? – zapytał Tadek filozoficznie patrząc na wygląd pokoju, gdy już udało mu się mnie oswobodzić.
- Teraz mamy dwa dni na doprowadzenie mieszkania do jako takiego wyglądu, zanim moja ślubna wróci z delegacji. Weź się może najpierw za zniwelowanie tego syfu z ich twarzy bo latając w kółko brudzą wszystkie ściany a ja zacznę porządkowanie tego pogorzeliska.
-Ale Małż! Ja się nie szczepiłem! – zaoponował.
-To się kurde nie daj im ugryźć!
Tadek powędrował z dziećmi do łazienki skąd już po chwili dobiegł mnie jęk bezradności – Małż, kurde nie schodzi.
Rzeczywiście, twarze moich dzieci nie posiadały już wprawdzie grubych ciemnych krech wymalowanych pastą na buty ale… przypominały teraz ciemno szare maski. Pasta dała się tylko rozsmarowywać i wyglądało na to, że stała się integralną częścią ich facjat.
- Może w necie coś będzie – odparłem z nadzieją i rzuciłem się do komputera. Tadek kibicował za moimi plecami gdy wpisywałem zapytanie do wyszukiwarki, a dzieci radośnie rozbiegły się po mieszkaniu znacząc trasę wszechobecną już teraz pastą.
Wujek gogiel  wypluł na pierwszej stronie:
„Plamy czyścić rozpuszczalnikiem, a następnie przetrzeć płynnym detergentem lub spirytusem metylowym. Usuwanie plam z pasty do butów nie sprawia większych kłopotów, niekiedy jednak wymaga pod koniec normalnego prania”.
-Spirytusem? Nie są za młode? – Tadek wyglądał na nieco zaniepokojonego.
-Przecież nie będziemy im tego wlewać do gardeł a nacierać. Jak przy grypie.
-Mają grypę?
-Nie, mają ojca którego znajomy jest ociężały umysłowo!
-Acha… Ale jak coś to nie będziemy ich wkładać do pralki na to normalne pranie jak piszą?
-Nie, do pralki wsadzimy tego znajomego, może po wirowaniu coś mu się poukłada.
-Ej czy ty aby…
-Zamknij się i nacieraj, trzeba z nich to usunąć a potem szybko zacząć odbudowę salonu bo jak ślubna zorientuje się co tutaj zaszło to bezapelacyjnie pozbawi mnie jaj.
Czasem nie chciałoby się znać przyszłości, choćby nawet tej najbliższej. Niestety w dobie telefonów komórkowych nawet pojedynczy sms może pozbawić człowieka funkcji życiowych:
„Wracam wcześniej, nie miałam zasięgu, będę za 10 minut”
W tym momencie moje jądra zaczęły pakować walizki a Tadek zachował się jak Tadek. Zemdlał…

20:56, jansebastiantrach , Saga Małża
Link Komentarze (21) »
wtorek, 06 października 2009
Saga Małża #13

Na szczęście żadnych gier psuć nie musiałem. Zaraz po kolacji klawisz wyciągnął mnie z celi i zaprowadził do komendanta.
- Won! – wyryczał na dzień dobry.
- Że jak, mógłby pan rozwinąć nieco tę myśl? – nie bardzo wiedziałem jak go zrozumieć.
- O widzę, że poetycko do Małża trzeba, no to lecim, na górze Szwecja, na dole droga do Bukaresztu, Małż wypierdalać z mojego aresztu!
Chwilę potem ciężka brama kicia zatrzasnęła się za mną z hukiem. Amnestia kurde czy jak – wyszeptałem w ciemność.
- Nie do końca – Tadek czekał na mnie przy samochodzie – prokuratura po zaznajomieniu się z dowodami doszła do wniosku, że nikt nie może być aż tak głupi więc uznali cię za niepoczytalnego. Jedziesz do domu, Twoja żona sprawuje nad tobą opiekę.
- To może ja jednak wrócę do paki? – zapytałem z nadzieją w głosie.
- Niestety,  ani ty, ani Dorn, ani nawet pies Saba nie pójdziecie już tą drogą…
Cóż począć, ze skulonym ogonem wsiadłem do auta by spotkać się z przeznaczeniem.
Nie było tak źle, wprawdzie noc spędziłem na znienawidzonym karnym jeżyku jednak ślubna nawet nie krzyczała mocno. Rankiem lekarz napisał mi na karteczce, że utrata słuchu powinna przejść w ciągu trzech dni a nie jak po ostatniej awanturze dopiero po upływie miesiąca. Odetchnąłem z ulgą bo z doświadczenia wiedziałem, że moja żona jest mistrzem w opieprzaniu gestykulacją. Potrafi dwugodzinny wywód oprzeć niemal jedynie na pukaniu w czoło i pokazywaniu środkowego palca co i tak jest niczym wobec kopnięcia w tyłek, które stosuje wtedy jako kropkę na końcu każdego zdania.
Kolejny dzień mijał spokojnie. Dziwiłem się nieco, że dzieci w ogóle nie wrzeszczą, jednak nie chcąc kusić losu nie wychodziłem z pracowni. O utracie słuchu przypomniałem sobie dopiero, gdy w drodze do toalety odkryłem Sajgon jakim wydawał się teraz salon. Wprawdzie już wcześniej zmysł powonienia dawał mi niepokojące znaki, zrzuciłem to jednak na karb lubiącego grillować sąsiada. Ogniska na środku pokoju raczej się nie spodziewałem. Złapałem co miałem pod ręką i zacząłem gasić. Szybko okazało się jednak, że przypadkowo chwycona z barku butelka spirytusu niekoniecznie nadaje się do tego celu, płomienie ożyły ja za to zamarłem. Dzieci natomiast oszalały z radości, widocznie udało mi się to, czego one nieskutecznie próbowały od dłuższej chwili. Blokada nerwowa minęła, rzuciłem się w stronę łazienki i wpadłem do niej zapominając o wcześniejszym otwarciu drzwi… Ciemno…
Gdy udało mi się w końcu dojść do siebie pożałowałem odzyskanej świadomości. Stałem na środku pokoju przywiązany do szafy, robiącej w chwili obecnej za symboliczny totem ofiarny. Dzieci biegały wkoło mnie i ogniska, umazane pastą do butów i ketchupem wydając z siebie dzikie okrzyki.
- Dzieciaczki… co robicie… - zagaiłem nieśmiało.
- Bawimy się w Indian tatusiu – natychmiast zareagowała starsza przerywając na chwilę rytualne śpiewy, głownie jednak po to by cmoknąć z uznaniem w kierunku młodszej rzucającej w moim kierunku tłuczkami do mięsa całkiem dobrze udającymi teraz tomahawki.
- Yyyyy a ja? – zapytałem wciąż niepewnie, obserwując zarazem jak od ogniska zajmuje się parkiet i płomienie z wolna zbliżają się do mnie.
- Oczywistym jest, że bawisz się z nami, jako blada twarz zostaniesz złożony w ofierze wielkiemu Manitou – starsza nie pozostawiła mi złudzeń. I na cholerę czytałem jej Winnetou do snu. Płomienie płynące po parkiecie zaczęły topić mi podeszwy kapci.
- Chyba bym wolał bawić się w strażaka…

20:36, jansebastiantrach , Saga Małża
Link Komentarze (33) »
niedziela, 04 października 2009
Saga Małża #12

Wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy. Order za męstwo z rąk prezydenta i nagroda pieniężna od dyrekcji TVN’u za uratowanie ich sztandarowej gwiazdy. Wszystko to spotkało moją żonę w trakcie, gdy ja tkwiłem w areszcie śledczym pod zarzutem zaniedbania, niedopilnowania oraz narażenia. Na samotność nie mogłem narzekać… niestety… Najpierw przysiadła się do mnie niejaka Monika, która w sekundę potem okazała się być Marianem. Cos tak podejrzewałem patrząc na jej/jego dwa metry wzrostu i 120kg chodzącej dewiacji estetycznej, jednak kabaretki nie pasują do trzydniowego zarostu. Potem przysiadł się do mnie niejaki Stefan, który wprawdzie okazał się być naprawdę Stefanem jednak od tego momentu i wysłuchaniu jego zwierzeń zacząłem bać się higieny. A dokładniej momentu w którym nie daj boże każą nam iść pod prysznic.
-MAŁŻ – strażnik wydarł się w głąb naszej celi – widzenie masz!
- Potrzeba Ci czegoś? – Tadek był konkretny.
- Wolności – wysapałem jak spłoszone zwierzę.
- Spokojnie, zrobiliśmy z chłopakami ściepę, sprzedaliśmy butelki i zrzuciliśmy się na adwokata. Najlepszy jakiego znaleźliśmy.
- Nazwisko?
-Nie pamiętam, ale serio najlepszy jakiego znaleźliśmy… za osiemdziesiąt trzy złote i dwanaście groszy.
- Jestem w dupie – zawyrokowałem – a jeśli nie dostarczysz mi korków to w swojej dupie też niebawem coś będę miał.
- Korków? – Tadek zaczął parować od wysiłku umysłowego.
- Korków, buty takie do grania w nogę! – naprowadziłem go na właściwy tor.
- E to nie jest tak źle jak macie tu boisko.
- Tak pacanie, boisko, saunę a dwa razy dziennie wycieczkę do Spa nam urządzają.
- E to może i ja cos przeskrobię, sądzisz że jak wjadę teraz autem w samochód naczelnika to też mnie tu posadzą?
- Nie debilu, komendant zastrzeli cię na miejscu i będzie to niewątpliwie samoobrona podczas wypadku przy czyszczenia broni! – Tadek zmarkotniał – Czy kretynie rozumiesz, że tu chodzi o moje dziewictwo?
- OK. zobaczę co da się zrobić.
Trzeba przyznać, że się postarał. Buty dostałem do celi już dwie godziny później, w samą porę bo klawisze zaczęli zabierać nas w kolejno do łazienki. Gdy przyszła też i moja kolej, stwierdziłem z przestrachem, że Stefan jest w tej samej grupie. Klawisz patrzył na mnie jak na idiotę gdy przepasany ręcznikiem kroczyłem korytarzem w futbolowych korkach na stopach.
Byłem tu nowy. Dwanaście par męskich oczu gapiło się na mydło w moich dłoniach gdy staliśmy pod prysznicem. Starałem się. Skoncentrowałem się na tym cholernym kawałku pieniącego badziewia w rękach. Jednak chwila nieuwagi i PLASK!… Mydło z głośnym chlupnięciem upadło na wykafelkowaną posadzkę.
-Ha! – wydobyło się z dwunastu rozdziawionych z zadowolenia ust, a dwanaście par oczu rozjarzyło się blaskiem nadciągającej przygody.
Dup! – podeszwa futbolowych butów z głośnym hukiem opadła na posadzkę. Powoli uniosłem nogę a wraz z nią mydło nabite na korki. Nie schylę się, tak będę stał!
-Buuuu! – rozległo się z dwunastu zawiedzionych gardeł. Ocalony przynajmniej tym razem.
Podczas kolacji Stefan patrzył na mnie inaczej, chyba akcją w łazience zdobyłem sobie jako taki szacunek.
- Grypsujesz? – zapytał w kolejce do odstawienia talerzy.
Ja? – zdziwiłem się w duchu – porządny informatyk z dziada pradziada miałbym coś takiego robić?!
-W życiu żadnej gry nie zepsułem – odparłem wyniośle…

14:10, jansebastiantrach , Saga Małża
Link Komentarze (22) »
 
1 , 2 , 3 , 4